MY I NASZ TEAM
NASZ HUSKY TEAM
SERWIS HUSKY
SERWIS SH UŻYTKOWYCH
Husky to nie jedyne zwierzęta jakie z nami mieszkają. Nasza rodzina jest o wiele większa niż przeciętna statystyczna. A oto pozostali mieszkańcy naszego rancho.


Kai, czyli Tenekeiteki Na Tajgeta

Kai - kolejny piesek japońskiej rasy hokkaido. (9kB)Rasy, w której się zakochaliśmy adoptując Lancelota. Kai jest bratem Lancelota - z następnego miotu, po tych samych rodzicach. Jego pierwsze spotkanie z nami i pierwsze wrażenia - to zupełne przeciwieństwo tego, co przeżylismy z Lancim. Chociaż już po tygodniu było widać, że ma równie dominujący charakterek i trzeba nad nim mocno popracować. Jest pełen życia, nie lubi spać, nie boi się żadnych psów. I bez przerwy chce się z nami bawić. Jest bielusieński jak tata i Lanci, ale o wiele mocniejszy, silniejszy i zwarty. Jest doskonały przedstawicielem swojej rasy, i z powodzeniem zaczął iść w ślady swojego taty i podbijać wystawowe ringi, sięgając niedawno bo najważniejszy wystawowy tytuł - TYTUŁ ZWYCIĘZCY ŚWIATA 2006. Więcej o nim i innych hokkach, możecie poczytać na naszej drugiej stronie: www.hokkaido.info.pl


Usha, czyli Akarui Lovosicky Alej

Usha jest naszą najnowszą sunią, i to sunią rasy hokkaido. (7kB)Postanowilismy skorzystać z okazji i sprowadziliśmy do Polski suczkę, w ktorej rodowodzie znajdują się dotąd nieobecne w Polsce linie hokkaido. Usha przyjechała do nas w październiku 2006 roku, w wieku 10 miesięcy, niemniej jednak już po kilku dniach była zupełnie "nasza". Jest cudowną przylepą, pokojowo nastawioną do wszelkiego zwierza i człowieka. Jest słudziutką bombka, naszą tłusta foczką, nie potrafiącą żyć bez ludzkiego towarzystwa. Chce się przyjaźnić z wszystkimi naszymi zwierzakami i uwiebia przypatrywać się naszym huskim. Naśladuje wszystkie nasze zwierzaki, a w szczególności Kaia, za ktorym biega krok w krok. Więcej o niej i innych hokkach, możecie poczytać na naszej drugiej stronie: www.hokkaido.info.pl


Zośka
(Zośka z ukochanym tygryskiem)Zośka de Nutella - suczka o rodowodowym kartonie. Przyniesiona do domu spod łódzkiego "Universalu", gdzie niesprzedana, została porzucona przez handlarza. Miała wówczas około 6 tygodni, w kartonie kawałek suchego chleba, całkiem sporą hodowlę pcheł i wcale a wcale nie potrafiła chodzić. Charakteryzowała się wielkimi uszami i czaszką typu "multipla". Ewka (chcąc zrekompensować Dominikowi odmowę kupna husky) wzięła karton pod pachę i przyniosła do domu ku uciesze Dominika. Ten natychmiast pojechał do całodobowego hipka, gdzie zakupił komplet zabawek (na przyszłość), szamponów (kilka, na wszelki wypadek) i koszyk (na wyrost). Zośka jest niesamowicie zwinna, szybka i potrafi przebieć 17 km, licząc po drodze wszystkich uczestników eskapady i zaganiając ich wokół. Jej hobby jest skakanie na wysokość półtorametra oraz noszenie kamieni i molestowanie gości o ich rzucanie. Potrafi to robić niezmordowanie przez kilkanaście godzin, nawet w największym upale. Jej domowa buda, jest zawsze pełna gruzu, patyków, zabawek oraz naszych ciuchów. (Zośka pływająca foczka)Zofia jest bowiem z zamiłowania fetyszystką, i gromadzi wokół siebie stos naszych rzeczy, tylko po to żeby nacieszyć się ich bliskością. Gdy "zaginą" kapcie, skarpety lub bielizna - zawsze wiadomo, że można je znaleźć w zośkowym mieszkanku. Do prefekcji opanowała też wciąganie kilkukilogramowych glanów Ewki na naszą kanapę. Zośka jest przewodniczką naszego stada, jedynym psem, któremu wszystko wolno. Jest bezgranicznie nam oddana, miała szczęśliwe dzieciństwo, setki zabawek (najlepsze to jeżyk i oglądany na zdjęciu skaczący tygrysek) i grono przyjaciół. Każdego z haszczaków wychowała sobie na swój sposób, chociaż najbliższe są jej te najstarsze - Morfeusz i Anouk, którym na wszystko pozwala. Nienawidzi za to "jak psa" - Tajgi, która wzięta w wieku 6 miesięcy, nie potrafiła zrozumieć dlaczego musi się podporządkować takiemu wypierdkowi. Do dzisiaj gdy wypuszczamy psy z kojca, Zośka staje "na" bramce i "poluje" na Tajgę, która boi się wyjść. Tajdze udaje się czasem poturbować Zośkę, gdzieś w krzakach, ale robi to raczej dla zasady. Poza tym Zofia jest wrażliwą, kochaną suczką, która śpi z nami w łóżku, ale też świetnie sprawdza sie jako pies stróżujący. I niech nikogo nie zwiedzie jej drobna postura. To ona pilnuje wszystkich psów, domu, przyczepy i samochodu.


Rumpel Fajny Kumpel

(7kB)Rumpel miał wypełnić rodzicom Ewki pustkę po stracie Kapsla, którego pożegnaliśmy pod koniec 2005 roku. Ewka sporo szukała odpowiedniego psiaka, ktory charakterologicznie dopasowałby się do rodziny ;) - był równie wielki wariatem, wiecznym dzieckiem, uwielbiał pływać, szaleć po polach i lesie, no i mógł mieszkać z kotem. I w końcu w lutym nadeszła wiadomość, że do olsztyńskiego schroniska po ciężkich doświadczeniach życiowych trafił kilkumiesieczny szczeniak wyżła szorstkowłosego, który jest pełen życia, ale strasznie źle znosi schroniskowe życie. Piesek gasł z dnia na dzień... Dzięki pomoc Pati z Dogomanii, która wyciągnęła go stamtąd i przywiozła wyżła z Olsztyna do Warszawy Adżar znalazł w końcu ostateczny domek... u nas ;).
Początkowo zdawał sie być wielkim wataszką, ale szybko sie okazało, że to tylko pozory, że jest psem bardzo wrażliwym i delikatnym. Psem, które nosi pewne urazy ze swojego krótkiego życia - bał się mężczyzn, podniesionych rąk i większej ilosci psów. Był nieco niesubordynowany i początkowo starał się dominować, ale szybko odnalazł swoje miejsce w rodzinie. Kota pokochał i zaakceptował od pierwszego wejrzenia, rodziców też, do naszych psów się przyzwyczaił, a z Ushą zaprzyjaźnił na śmierć i życie. Rumpel jako 8 miesięczny pies poszedł do swojej pierwszej szkoły - na szkolenie połsuszeństwa. Początkowo treser był bardzo sceptycznie nastawiony do niego. Nie dość, że Rumpel był najmłodszym psem w grupie, to jeszcze - jak twierdził treser, nie za bardzo nadaje się do takiej pracy. Jakież jednak było zdziwienie wszystkich, gdy Rumpel szybko okazał się najbardziej pojętnym i posłusznym z psów w grupie, uczył się błyskawicznie i idealnie wykonywał wszystkie komendy i zadania.

Marina
(Kicia w lesie)Kicia Marina - to mały, czarny diabełek. Następczyni Miśka. Ponieważ poprzedni kot nie za bardzo przepadał za żeglowaniem, nowa kicia dostała marynarskie imię specjalnie z życzeniem, aby lubiła pływać na łódce. I tak się też stało. Marina jest kotem, który uwielbia wodę w każdej postaci, (Kicia z nadzieniem)a na łajbie czuje się jak u siebie w domu. Co więcej, podczas rejsu potrafi się sama wyżywić, polując na rybki, a na lądzie - na myszki, jaszczurki i ryjówki. Układa je potem z rana jedna, obok drugiej przy wejściu do koji. Marina waży ze dwa kilo i ma żarówiasty kapok szyty specjalnie na jej marną miarę. W terenie można ją najczęściej spotkać na Zalewie Sulejowskim, gdzie zna każdy kąt przystani i knajpy Łysego, a także każdej plaży i każdej wyspy. Poza tym Marina jest zwierzęciem wrednym, chimerycznym, który nie uznaje nikogo innego poza swoim Państwem. Z lubością sika na wszystko, co nie jest jej własnością, a gości traktuje nieuprzejmie i "z buta". Czarny potwór.




Nasze futrzaki zza tęczowego mostu


Sunka Przybłęda

(Sunia w ogródku)Historia Suni jest niesamowicie smutna, ale i romantyczna. Sunię poznaliśmy, gdy sprowadzilismy się na wieś. Była bezpańska i wraz ze swoim psim przyjacielem mieszkała to w jednej, to w drugiej szopie, najczęściej leżąc pod latarnią na wiejskim zakręcie. Kręciła się też pod sklepem, gdzie ludzie dokarmiali ją czasem suchą bułką. Od razu zwróciła nasza uwagę, bo była bardzo podobna do naszej Zośki, tylko nieco bardziej "sfilcowana", zniszczona życiem i z dziwnym znamieniem na oku. Okazało się, że jest to pamiątka po uderzeniu widłami przez jednego z wiejskich chłopów...wrrrrr.... W każdym raziem w styczniu 2004 podczas największych mrozów zauważyłam sunię leżącą pod sklepem w stanie "mocno błogosławionym". Nakarmiłam półdzikie, płochliwe i już prawie nieruszające się zwierzę, po czym wyjechaliśmy na zawody do Sopotu. Gdy powróciliśmy po weekendzie, suni nigdzie nie było. (Zośka i Sunia)Wiedziona nosem, że sunia z pewnością zaszyła się, żeby urodzić maleństwa - odnaleźlismy ją na stogu słomu w pobliskiej szopie. Przez dwa miesiące dzień w dzień dokarmialismy sunię wraz z trójką jej maleństw, zbudowaliśmy im budę i opiekowaliśmy się nimi. Sunia przywyczajała się do nas i tylko nas wpuszczała do stodoły i na teren posesji. W międzyczasie zaginął wieloletni przyjaciel Suni, za którym widać było, że bardzo tęskni. Po kilku tygodniach Sunia zaczęła już szukać z nami kontaktu - dawała się czasem głaskać, reagowała na zawołania, przybiegała pod naszą bramę, gdy przyjeżdżaliśmy do domu. Dwa z jej piesków udało się nam wydać bardzo szybko, natomiast trzeci piesek - czekał na swój dom, aż do kwietnia. Gdy podstępem, podczas nieobecności suni, wykradliśmy trzeciego szczeniaka i zawieźliśmy do znajomych, Sunia przez całą noc wyła i piszczała szukając dziecka po całej wsi. A gdy rano okazało się, że malucha nigdzie nie ma, Sunia postanowiła, że zamieszka...... U NAS. Jakież było nasze zdziwienie, gdy rano okazało się, że Sunia podkopała się pod drewnianą bramą z tyłu domu i "z pewną taką nieśmiałością" wygrzewała się przed domem, w ogródku... Obawiała się nieco nas, Zośki, haszczaków, ale po kilku miesiącach oswoiła się i zaczęła być pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Tym bardziej, że Zośka zaakceptowała ją w zupełności. Sunia zamieszkała w swojej budzie na naszej werandzie, ma tam swoje miski i swoje codzienne porcje pieszczot, na które jest najbardziej łasa. Dziś odpłaca nam za naszą dobroć pilnując bardzo skrupulatnie naszej posesji.
SUNKA ODESZŁA OD NAS NIESPODZIEWANIE 2 MAJA 2007 ROKU...

Lord Kapsel

(Kapsio z patyczkiem) Wieczne dziecko. Kapsio to nasz wielki i rozpuszczony przez rodziców Ewki psiak, który jest mieszańcem dalmatynki, doga i wyżła. Gdyby był nieco młodszy z powodzeniem mógłby biegać w naszym zaprzęgu. Jest silny i szybki, a wygląda tak, jak Eurodogi - czyli w maszerskiej nomenklaturze - typowo wyścigowe psy. Kapsel nie ma zupełnie świadomości tego jakie gabaryty sobą reprezentuje, i z chęcią pokazuje, że jest malutki i zmieści się wszędzie. Poza tym jest histerykiem, panikarzem i wesołkiem. Gdy tylko widzi choćby mały plecak w przedpokoju wpada w histerię, bo wydaje mu się, że wszyscy wyjeżdżają a on zostanie sam w domu. Potrafi z tego powodu wydrapać dziurę nawet w zbrojonych drzwiach. (Kapsel czarodziej)Niegdyś ulubioną zabawą Kapsia było przesadzanie kwiatków, którego oduczył się gdy kilka razy sprzątnął po sobie ziemię w całym domu przywiązany do odkurzacza. Kapsio uwielbia wszystko to, czego nie powinny jeść psy, czyli czekoladki, spagetti, rybki i kości. Do nieprzyzwoitości żebrze przy stole sznurując pyskiem po talerzach. Z racji zamiłowań rodziców Ewki - żegluje z nimi. Łajba to dla niego wspaniała wielka buda. Kapsio był największym przyjacielem naszego kota Miśka. Po jego śmierci, Kapsel przez kilka miesięcy nie bawił się, był osowiały i stanowczo wydoroślał. Jednak dla nas jest nadal "naszym głupeczkiem". Chadza na grzyby, uwielbia pokrzywy i pizzę i jest zapalonym żeglarzem. Razem z teatrem przemierzył kilkanaście tysiecy kilometrów, zawsze z indetyfikatorem "artysta".
KAPSEL ODSZEDŁ OD NAS 27 GRUDNIA 2005 ROKU....

Lancelot - Kakujit Su Tajgeta

(Lacelot z ukochanym Dominikiem)Lanci jest naszym najnowszym psem. Jego historia jest bardzo długa, skomplikowana i przejmująca. To samczyk bardzo rzadkiej rasy hokkaido. Jest obecnie w Polsce tylko jedna hodowla tej rasy, i to jak na ironię - w Łodzi. Lancelot naprawdę nazywa się Kakujit Su Tajgeta pochodzi właśnie z tej hodowli i urodził się w sierpniu 2003 roku. (Portrecik Hokki)W skrócie mówiąc Lancelot trafił do właścicieli z trójmiasta, którzy nie potrafili sobie poradzić z tym niewielkim, ale jakże charakternym psem. Prawdopodobnie rozpuścili go, niekonsekwentnie chowali, po czym zdominował ich i ich życie, tak, że zaczęli się go bać. Ponoć gryzł, kąsał, rzucał się na ludzi, za co prawdopodobnie był bity i karany. I tak koło agresji się zamykało. Oddali go więc do schroniska po to, żeby po kilku dniach zabrać go spowrotem (prawdopodobnie znaleźli na niego jakiegoś kupca). Niestety, pies przechodził nadal z rąk do rąk, bo nikt nie potrafił sobie dać z nim rady. Koniec końców w czerwcu tego roku Lancelot, już lekko zdziczały, trafił do gdańskiego schroniska na Orunii, wyłapany przez rakarzy. Był tak agresywny, że nie dopuszczal do siebie nikogo, na początku trzeba go było dosłownie karmić "z kija". Nienawidził przymusu, obcych, a w szczególności weterynarzy. Zaintrygował nas ten mały agresor i postanowilismy go zaadoptować, pojechaliśmy więc wraz z Zośką i Morfeuszem do Gdańska. Psiak był tak mały, chudy, i osłabiony, że ledwo trzymał się na nogach, co nie przeszkadzało mu oczywiście rzucać się na nas i kąsać. Dwóch facetów w podwójnych monterskich rękawicach nie potrafiło dać sobie z nim rady, a rękawice i tak zostały przedziurawione ;-) Generalnie gdybyśmy się nim nie zaopiekowali, zostałby któregoś dnia uśpiony. Ponieważ większość weterynarzy w Gdańsku znało już jego przypadek wszyscy dawali nam "krzyżyk" na drogę i życzyli szczęścia z niedowierzaniem, że coś jeszcze może być z tego kawałka futra. A jednak... Daliśmy mu miesiąc czasu - i chyba się tym przejął! Chociaż na początku było ciężko.... (Lanci w kojcu haszczaków)U nas czekał na niego nowy kojec, buda, stado dorosłych psów i twarde zasady, których należy przestrzegać. ;-))) Nikt, kto zna jego historię nie wierzy, że Lancelot, to teraz ten sam pies sprzed kilku miesięcy. Teraz Lanci jest posłusznym, cudownym, a w stosunku do nas - wcale nie dominującym psem. Lanci oszalał w zupełności na naszym punkcie, a za swojego pana obrał Dominika. Całymi dniami wyśpiewuje za nim tęsknę piesni i czeka przed domem na jego powrót. Lanci zaakceptował zasady panujące w naszym domu oraz ustalona już heriarchę, chociaż co do psów - to ciągle ma wątpliwości;-)). Jest jednak bardzo pogodnym, i przeokropnie kontaktowym psem, pieszczochem, wariatem i naszym stadnym dyrektorkiem. NIE MAMY Z NIM ŻADNYCH PROBLEMÓW. Więcej o Lancelocie i rasie znajdzie się w dziale "hokkaido" tej witryny oraz na stronie o tej rasie, którą też dopiero tworzymy www.hokkaido.info.pl . Natomiast całą historię Lancelota wraz ze szczegółami można przeczytać tutaj. Jest to kilkanaście stron specjalnego tematu na forum "Dogomania", poświęconego właśnie przypadkowi Lancelota.
LANCELOT ODSZEDŁ OD NAS 26 STYCZNIA 2005 ROKU - BEZ BÓLU, PODCZAS SNU....

Punia

(Punia w krzakach)Punia jest oczywiście podrzutkiem. Zastaliśmy ją pod drzwiami w październiku 1997 roku, gdy powróciliśmy z festiwalu teatralnego w Grecji. Oczywiście szukaliśmy jej właścicieli, ale najprawdopodobniej oni nie szukali Puni. Punia była małym szkieletorkiem z potarganym szorstkim futerkiem, zabiedziona, wychudzona, przerażona. Puśka została więc u nas, i zamieszkała pod jednym z krzeseł. Miała i ma do dziś syndrom "dziecka z domu dziecka". Jest bardzo zaborcza, zazdrosna o swoją miłość i wszystkie zabawki, choćby się nimi nigdy w życiu nie bawiła. Punia została zaakceptowana przez Kapsia, a częściowo także przez Miśka, który jednak w zabawach wierny był do końca tylko Kapslowi. Mniej więcej w czasie, gdy pojawiła się u nas w domu Punia, ostatecznie z życiem pożegnała się Kora, mieszkająca u moich dziadków. Dziadkowie zarzekali się, że po Korze nigdy w życiu nie wezmą już żadnego psa. Jednak los miał inne plany. Punia nad życie pokochała dziadka, do którego chce, czy nie, lgną wszystkie zwierzeta ;-) Nie minęło więc półtora roku, gdy podczas pewnych Świąt Wielkanocnych, które spędzaliśmy w Rabce, dziadek zapakował Punię do samochodu i odjechał z nią do Opola, gdzie mieszka. ;-) I tak już zostało. Punia jest tam do dziś. Jest już staruszką, w dodatku alregiczną i chimeryczną. Ma z sześć róznych misek. Wszystkie pełne. ;-) Odżywia się tak jak cykl rodziny - czyli 3 razy dziennie. Gotuje z babcią, śpi z dziadkiem. Chrapie tak, że zbudzi nieżywego.
PUNIA ODESZŁA OD NAS 12 LUTEGO 2005 ROKU....


Sonia

(Sonia na balkonie)Moja ukochana jamniczka - podrzucona nam, gdy sąsiedzi zorientowali się, że Punia jest już u naszych dziadków ;-). Została wyrzucona ze swojego poprzedniego domu z racji swojej choroby - zaawansowanej padaczki. Gdy trafiła do nas miała już około 8 lat, permanentne robaki i codzienne ataki. Leczenie, które natychmiast podjęliśmy przyniosło doraźne skutki, ale nie wróciło zmian w mózgu. Sonia miała więc oprócz ataków padaczki, także "napady" nieświadomości, a często podczas spacerów biegła bez opamiętania w bliżej nieokreślonym kierunku. Była słodziutka, kochana, ale nieprzewidywalna. W jakiś rok po adopcji sunia właśnie w takich okolicznościach zaginęła nam w okolicach "Chłopskiego Jadła", tego za Myślenicami. Pomimo intensywnego poszukiwania przez kilka tygodni, starania nie przyniosły efektu. Gdy wróciliśmy w to miejsce pół roku później, okazało się, że Sonia utopiła się na bagnach wokół pobliskiej rzeczki i tam została znaleziona. Pochował ją na pięknej łące dozorca restauracji. Dziękujemy mu za to....


Misiek

(Miś)Tak naprawdę Misiek to kot bez imienia, bo nie mogliśmy się na żadne zdecydować ;-). Nazywany był więc kicią, miśkiem, kotą, kotem. To najbardziej uczuciowy kot jakiego znaliśmy. Teatralna znajdka, która przeżyła z nami 10 lat. Wielki i gruby, do końca swoich dni dzień w dzień "cyckał" skronie mamy, bo przez całe życie nie oduczył się odruchu ssania ;-). Wielki przyjaciel wielkiego Kapsla. Kocio zmarł na skutek niewydolności krążenia w swoim ulubionym miejscu za łóżkiem w sypialni. Został pochowany w ulewną noc, pod jabłonką na polu niedaleko domu.




Kora

(Kora i Ewa)Kora trafiła do nas bodaj w 1983 roku, jak dwuletnia suńcia. Jej państwo wyjeżdżali na stałe do Szwecji i nie zabrali jej ze sobą. Kora była najspokojniejszym i najmądrzejszym psem jakiego kiedykolwiek mieliśmy. Emanowała zrozumieniem, spokojem i miłością. Potrafiła "gadać", i odpowiadać na ludzkie gadanie. Chrapała niemożliwe i miała niesamowity instynkt tropiący. Choć wyglądała na ospałą i leniwą, w lesie dopadała wszystkie lisie nory i ganiała zające. Gdy przeprowadzaliśmy się do Łodzi w 1990 roku - pozostała w Opolu razem z Ewy dziadkami, a do miasta fabryk pojechał jej syn - Korek. Kora przeżyła na tym świecie 17 lat i odeszła za tęczowy most, naturalnie, podczas snu, pozostawiając całą rodzinę w nieutulonym żalu, po tak wyjątkowym psie...


Korek

(Korek na polu)Korek - synek Kory. Urodzony w 1987 roku piesek przeżył z nami wiele. Korek pomimo tego, że nie miał rodowodu był ponoć idealnym przedstawicielem rasy jamikooogar. ;-) Jego przygody są wręcz niepradopodobne. Gdy miał niecały rok został ukradziony sprzed naszego domu, a zajęty przy samochodzie Grzesiek nie zauważył jego zniknięcia. Psa szukało całe Opole, ale wszystko na nic. Telewizja, radio, prasa, schronisko, ogłoszenia i sztab znajomych. Żal, płacz i rozpacz. Półtora roku później, na pół roku przed przeprowadzką do Łodzi, Ewka podążała na "rozpoczęcie" roku szkolnego, gdy na podwórku pod blokiem zobaczyła Korka. Ten ucieszył się niesamowicie na jej widok i podążył spokojnie do domu, rozpoznając swoje miejsce w pokoju. Niestety jeszcze tego samego dnia, w naszym domu pojawiła się kobieta, która twierdziła uparcie, że to jej pies, i że nabyła go w Łodzi!!!!, pod jednym z domów towarowych. Prawda była raczej taka, że psa "przygarnęła" jej znajoma mieszkająca w jednym z pobliskich domów, dla jej niepełnosprawnego syna. A ponieważ Pani mieszkała w Łodzi, więc sprawa miała się nigdy w życiu nie wydać. Niestety, kobieta nie przewidziała, że kiedyś się odwiedzą a wówczas piesek pojawi się w naszej okolicy. Los był sprawiedliwy i Korek trafił do nas spowrotem. Nie obyło sie bez policji, krzyku płaczu, straszenia sądem i szantażowania krzywdą niepełnosprawnego dziecka. Żeby było uczciwie - wpadliśmy więc na genialny pomysł. Ponieważ wszystkie dzieci Kory z tego miotu były u naszych znajomych - zorganizowaliśmy na Policji - ROZPOZNANIE. Ustawiliśmy w rzędzie cały miot (5 sztuk) i kazaliśmy pani wskazać jej psa. Nie udało się ;-) Cała komenda miała ubaw, bo widać było, że wszystkie psiaki są jak kropla wody i tylko cud mógł sprawić, że nie byłyby ze soba spokrewniowe. Ale przecież każdy właściciel zna swojego psa jak żaden inny człowiek... Pies wrócił więc do nas i przeprowdził się wraz z nami do Łodzi, najpierw do mieszkania teatralnego a potem, już do tego własnego M. Korek był niesłychanie posłusznym i inteligentym psem, ale zgubiło go jego umiłowanie do płci przeciwnej. Miał doskonały wzrok, węch i słuch. Przez wiele lat hasał sobie do woli, ale zawsze wracał na godz. 19 na zasłużone papu. Zginął w wieku 7 lat, podczas Ewki nieobecności, prawdopodobnie przejechany przez samochód, ale prawdy od rodziców nie dowiedzieliśmy się nigdy...


Baja oraz Yeti i Yuma

(Baja)Piękna sznaucerka, championka, wielokrotna złota medalistka sprowdzona z Czech oraz dwójka jej dzieci. Chluba hodowli Ewki rodziców, jeszcze sprzed czasu stanu wojennego. Ewka: - to pierwsze psy, które pamietam. To dla nich gotowało się gar żarcia, to dla nich trzeba było wstawać o 5 rano, żeby wychodzić na 3 godzinny spacer!!!! Z nimi jeździliśmy na wystawy i przez nie przyjaźniliśmy się z innymi psiarzami. To chyba wtedy załapałam psiego bakycla i od tej pory wiedziałam, że zycie bez zwierząt wiele traci na swojej wartości.


(Yuma i Yeti)
W naszym życiu były jeszcze myszki, szczurki, rybki i podleczane kotki. Wszystkie spoglądają już na nas z góry, gdzie hasają na zielonych łąkach, i w błękitnych wodach. Tam nie brakuje im niczego... mamy nadzieję... oprócz nas....


SPORT ZAPRZĘGOWY
GALERIE
FIRMA HUSKY
POLECAMY
REKLAMA